kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    - Ale przecież straciłeś wszystko
    - Wszystko to za mało

    (Dr House)

    W moim śnie bitwa kończyła się o świcie. Atrament nocy
    spływał powoli za linię horyzontu. Niebo pyszniło się elektrycznym błękitem i
    indygo, jaśniejąc biało, roziskrzoną linią na wschodzie. Było chłodno, ale w
    ten sposób, w jaki bywa chłodno nad ranem w ciepłe lato.
    Uliczka małego miasteczka, powoli rozsnuwające się dymy, trzask dopalającego
    się drewna. Dziury w budynkach, wokół nich rozbryzgi krwi. Pogięty metal,
    kawałki pokruszonego gruzu na jezdni. Rozrzucone ciała, broń i mnóstwo łusek
    rozbłyskujących w blasku nadchodzącej jutrzenki. Jest spokojnie, co jakiś czas
    z oddali dobiega krótka, ale zaciekła palba z broni maszynowej, albo głuche
    tąpnięcie eksplozji. Po ulicy niczym widma snują się sanitariusze, przyklękają
    po kilku przy kupkach cienia, wabieni nieznacznym ruchem, albo cichym jękiem.
    Ich ręce pracują sprawnie, prawie się nie odzywają, ich ubrania i twarze
    spryskane są czerwienią.
    Jesteśmy u końca uliczki, która otwiera się na stadion, czy może szkolne
    boisko. Obok stoją liczne, wiktoriańskie budynki. Trybuny rzucają cień na płytę
    boiska, która jest zasłana setkami ciał. Stłoczonymi, leżącymi gęsto obok
    siebie, wtulonymi. Wszystkie oddychają. I ten mocny, wspólny oddech jest
    świetnie słyszalny pośród rozsnuwających się dymów, w ciszy po bitwie, na progu
    wstającego dnia.
    Tego broniliśmy. Tuż przed bramą rozbity pociskiem spychacz, dalej przewrócony Hammer
    podczepiony do stojącej krzywo na kołach małej cysterny. Dwa czołgi, jeden
    doszczętnie spalony i wbity błotnikiem w ścianę kamienicy, drugi uszkodzony.
    Siedzę oparty o jego gąsienicę. Ubrany w poszarpane battledressy i kamizelkę
    taktyczną z kieszeniami, mam parę zabandażowanych byle jak obcierek, połowa twarzy
    kostropata od drobnych ranek po odłamkach. Krwawy trądzik.
    Palę papierosa, zwisa mi drżąc z kącika ust. Na kolanach mam karabin bez
    magazynka. Trzęsie mnie jak w febrze. Obok mnie siedzi dziewczyna, opiera mi
    głowę na ramieniu, przód jej bluzy jest czarny i wilgotny. Oddycha bardzo
    szybko. Wyciągam papierosa z ust i wypuszczam dym, oddech dziewczyny milknie.
    Nadal opiera mi się na ramieniu, ale jej oczy patrzą zupełnie nieruchomo.
    Drżącą ręką wkładam papierosa do ust, potem wyciągam ją w bok i zamykam jej oczy.

    Nadchodzi świt, niedługo wzejdzie słońce i śpiący obudzą się.

    *

    Wyszła kupka
    brudna dupka
    (Dan objaśniający zawiłości egzystencji Krewetce)
    Kosiłem. Przez cały tydzień. Kosiłem powierzchnie, rabaty, place, stoki, wzgórza, ściany i wądoły. Wykosiłem chyba od środka, każdą dziurę w okolicy. Wtaczałem raz za razem 30-to kilową, ryczącą niczym Armageddon i plującą organicznymi szczątkami maszynę na stoki o nachyleniu 80%, niektórzy płacą żeby robić podobne rzeczy na siłowni. Niczym Ponury Kosiarz wykosiłem życie od zadupnych pól Osowej po przymorskie wydmy Zasspy, a gdy dopełnił się tydzień i wracałem do domu, spotkałem na ulicy mojego ojca, który bez żadnych wstępów, cześć , czy spierdalaj powiedział, że w sobotę będą goście i podwórko trzeba co? Tak, tak – wykosić. Jedyny plus z tego taki, że po niefrasobliwym machaniu tym warczącym molochem w pracy, manewrowanie domową kosiareczką, czy nawet pełnym koszem w Lidlu to betka. 
    Oprócz koszenia jeszcze pieliłem. Na Osowej jest taki legendarny i siejący powszechną grozę w sercach wszystkich pielaczy stok. Jest piaszczysty, w słońcu nagrzewa się do jakich 60 stopni a wszelkie rachityczne paskudztwa, które na nim wegetują, trzymają się uporczywie i wytrwale maty przeciwko chwastopm wkopanej tuż pod powierzchnią ziemi. Często się zdarza, że wykończony pyłem i upałem człowiek odkrywa nagle, że trzyma w ręku 3 metry stoku, który następnie trzeba ostrożnie położyć na ziemi i pieczołowicie przyspać ziemią. Poza tym są tam, mrówki, milion mrowisk na metr kwadratowy, ewentualnie jedno mega mrowisko, zbierajace siły do inwazji na pobliskie osiedla i pożarcia żywcem ich nowobogackich mieszkańców. W każdym razie odkryłem je dość ptzypadkowo w czasie pielenia, gdy nagle z zamyślenia wyrwała mnie niepokojąca świadomość, że mam dwie, siegające łokci, czarne, żywe i ruszające się rekawice. Szkoda, że w pobliżu nie było żadnych kamer, to co później nastąpiło, bez problemu zakwalifikowałoby mnie do You can dance.
    Po za tym wrzuciłem na fb bombę erotyczną w wykonaniu Areckiego i Tancereczki. Najfajniejszy jest tam kontrast – Wywarzony Arecki, u którego zawsze można zauważyć ułamek sekudy opóźnienia, gdy podejmuje decyzję jak się zachować i wyposarzony w kończyny godne Sailor Moon oraz mięsożerny uśmiech, kipiący nieokiełznaną energią,  blondyniasty żywioł opatający go niczym rosiczka. Odzew nastąpił zanim udało mi się oderwać ociekające lubrykantem łapska od klawiatury. Podobało mi się. Biorę więc aparat i ruszam w świat. Jeśli usłyszycie oddech w szafie albo dostrzeżecie ruch w sitku odpływowym uśmiechnijcie się ładnie. 
    - Palący kolesie wyglądają stylowo. Kochanie
    jak bym wyglądał jako palacz z papierosem?
    - Samotnie
    (My)
    *
    - Cholera, zapomniałam wziaść pigółkę….
    - No to dupa
    (skądś)
    No i tak, w Dworku Sierakowskich katabuk tańczył z poetami, a ja pojawiłem się wyłącznie na wyświetlanych w tle zdjeciach. W żwirowni zapewne migotały płomienie, oświetlając twarze i ogrzewając myśli, w Cocneju serca uderzały w ciemnościach w takt metalowych riffów i absorbowanego  alkoholu a na imieninach dziadka Szponiastej pożerano domowe pasztety i ciasta. A ja leżałem. W sumie jakoś tak bez powodu. Po prostu zabrakło mi mocy by wstać i iść. Kiedyś tłumaczyłem znajomym, że żyję wielokrotnie wszybciej niż oni, że w swej drodze zachaczam o inne światy i grzeję się pod tysiącem innych słońc. Teraz czuję to w całem rozpiętości, leżę w ciemności patrząc na płomień świecy i czuję się 35 -cio letnim starcem. Podobno gdy nie korzystamy zdanej nam mocy nasza wola słabnie. Jestem własną ofiarą. Może to praca, może ganianie przy ślubie a może  inwaja  katolicyzmu na moje wewnętrzne chrześcijaństwo. Może zwyczajnie zbyt mocno powiązałem się z rzeczywistością, stałem zbyt realny. Może podszedłem zbyt blisko tego co jest i zaraziłem się szarością. Nie wiem. Nie czuję się pełen, nic się ze mnie nie przelewa, nie czuję się głodny.
    Myślę o tym by rzucić pracę, ta utknęła w martwym punkcie beznadziei. Mimo wszystko nie potrafię trwać zupełnie w miejscu, gdy na horyzoncie nie ma żadnych perspektyw. Potrzebuję nowych celów, potrzebuję ich bardziej niż czegokolwiek.
    Rzeczy się stają.
    Idee istnieją
    (Platon)
    *
    No dobra, kto nie uzbroił
    swojej stacji kosmicznej?
    (Iron Sky)
    Dwa wstrząsy. „Iron Sky” spodziewana radosna komedia sf mrozi końcówką duszę i dzwoni w zamienionych w porcelanę kościach. Skandynaw, który to nakręcił, zrobił to ze składek internautów i sponsorów i widać, że nie zrobił tego dla kasy czy sławy, ale dlatego, że chciał. Scenariusz nie ma hoolywoodzkiej liniowości, efekty liczne, ale jako wyraźne tło. I szczerze mówiąc wcale się nie dziwię, że ma tak złe recenzje w Stanach i na naszych rodzimych forach pasjonatów Street dance 33 czy sekciarzy celebrujące dylematy ekranowego Petera Parkera – półowada transwestyty. Naprawdę nie sądziłem, że wyjdę z tego filmu zamyślony, no ale w końcu to naprawdę dobra opowieść, o tym że nawet najbardziej zabójcza ideologia nie jest tak niebezpieczna jak zwykła głupota i chciwość.
    Najwyraźniej było mi mało choć już i tak wędrowałem przez świat z lekka przybity, w każdym razie przeczytałem sobie jeszcze  ”Przejście” Connie Willis. Ośmiusetstronową cegłę kryształowej bogini literatury. Kobieta pisze tak intensywnie, że pękają flaki i topią się zęby. Człowiek nie chce tego czytać, chce wyjść, chce spać, ale nie może się oderwać, a po przewróceniu ostatniej strony wyje z nieskończonej tęsknoty pod pustym niebem…
    Poza tym chodzę co wieczór na próby do kościoła, wyśpiewuję hymny jak w „Sensie życia” i notorycznie zapominam kwestie, które będę miał wybełkotać, gdy biszop będzie mnie smerał w czasie bierzmowania.
    - Mam spowiedź i muszę zrobić
    rachunek sumienia, ale co ja mam
    tam powiedzieć, przecież jestem
    bezgrzeszny.
    - Pycha, to po pierwsze…
    (My)
    *
      
    - Jesteś piękna gdy tak jesz…
    - Aha, gdy jem… nigdy już
    nie przestanę
    (My)
    No więc z tą wycieraczką Nergala to było tak. Tego dnia uprawialiśmy dirty dancing tudzież wirujący sex w wąskich i wyjątkowo stromych kiszkach klatek na Apartamentach, znaczy się pucowaliśmy tamtejsze posadzki za pomocą maszyn wirująco – tryskająco – ssących. Szczerze mówiąc straciłem już nadzieję na umiejscowienie drzwi Nergala, sądząc, że w kłębinach i rozstępach domowych pieleszy poddał się fali słodkopierdzącego konformizmu i przed drzwiami położył jak pozostali autochtoni jakiś słomkowy wiecheć z tekstem Welcom Home, ale nie. Wlazłszy na ostatnie piętro i ominowszy wyglądający wyjątkowo diabolicznie, czarny rower trafiłem na jedyną w moim życiu czarną wycieraczkę z płonącą czaszką i napisem: Welcome to hell. Brawa za konsekwencję do ostatniej kropli kwasu. Zanim sprzątneliśmy, szturchnąłem ją parę razy dla pewności na wypadek, gdyby kryła się pod nią zapadnia z wirującymi ostrzami, tudzież zasuszone jelito cienkie ministranta.
    Tymczasem do portu dopłynął kontener z trzema zabytkowymi samochodami, było w nim ciepło i przyjaźnie, a po podłodze i ścianach biegały sobie dziesiątki pająków, którymi nasi rozrywkowi dokerzy rzucali się radośnie dla żartu i wpychali za kołnierze, dopuki nie dowiedzieli się, że to przybyłe turystycznie z Kaliforni czarne wdowy. Potem mogłem obejrzeć sobie na TVN24 moją matkę, która akurat rządzi wszelką biomasą, która przekracza w obie strony naszą morską granicę. W jednym z wozów, w zasnutym szczelnie pajęczyną bagażniku, było gniazdo z setkami jajeczek. Zachowano trzy okazy potworów na pamiatkę. Dwa pierwsze włożone do jednego słoika natychmiast się pomordowały. Trzeci konał 7 godzin w spirytusie pukając nogogłaszczką w szybkę i zapewne bełkocząc coś o wychowaniu w trzeźwości.
    Wciąż nie dostaliśmy trzeciego budynku na 3żaglach, ale podobno konkurencyjną firmą zarządza koleś, którego żona jest oficjalną kochanką prezesa Impro, więc można powiedzieć, że naszemu szefowi nie staje nieco nieco „głębi argumentów”.
    Ostatnio też usłyszałem, że mógłbym wpaść na Brętowo i w godzinkę zamieść chodnik wzdłuż Słowackiego. Wpadłem, poodkopywałem go przez 6h, pocierając głową (dosłownie) o przejeżdżające autobusy i ujawniając przy tym niepokojąco głębokie dziury i zapadliska, w których zapewne zniknąłby nie jeden emeryt, gdyby nie okazało się, że za dwa dni wpada tam ekipa z koparką i wszystko rozpiży w pizdu. Wspomnę tylko, że robota była na tyle fascynująca i absorbująca, że ciskając za siebie mięsistą, bogatą w różnorakie formy życia pacynę błota, zdjąłem łopatą z roweru jakąś kobitę. na szczęście była w takim szoku, że po otrzepaniu biustu z gąsienic i glonów udała się w dalszą podróż nie strasząc prokuraturą ani sądem ostatecznym.
    Coś jeszcze? Aaa, chłopaki na Brętowie mieli coś poprawić na dachu Cmentarnej Wieży. Cały szczyt budynku to Penthaus z wyjebiście wielkim balkonem. I właśnie na tym balkonie, gdy kolesie wychynęli zza winkla, ich oczom ukazała się opalająca się w pierwszych wiosennych promieniach słońca naga, młoda dama regulująca sobie maszynką strefę bikini… Podobno wrzaski było słychać 17 pięter niżej.
    - Wciśniesz się przez to
     okienko w łazience.
    - Super, chyba w kawałkach
    (My)
    *
    Na złomie:
    - Dzień dobry mam szyny.
    - A skąd pan je wziął?
    - A leżały, jedna obok drugiej na
    dłuższym odcinku, no to wziąłem
    (Dan) 
    „Titanic” Camerona kosztował więcej niż prawdziwy statek, wczoraj zdaje się było 100-lecie zatonięcia, równocześnie umownego początku XX wieku, zwanego też „krótkim stuleciem”, bo zakończył się w 1989. Cóż, krótko za to intensywnie do bólu.
    Tymczasem wokół eksploduje wiosna, wylewa się treścią w przestrzeń, transmutuje nieorganiczne w organiczne i zmienia naszą gospodarkę hormonalną w śmiercionośną broń. Doświadczyliśmy ostatnio tej żywotności, gdy wywoziliśmy mech do lasu i Dan zaparkował w mrowisku. Powrót był więc pełen atrakcji i niespodzianek, w sumie przypominał nieco akcję filmu „Węże w samolocie” ale bez Samuela L Jacksona. Dan stwierdził, że powinniśmy dziękować wszystkim bogom eterni, że mrówki nie mają po pół metra, bo mogłaby nam się taka wcisnąć za kratkę z tyłu, upakować ciasno i żuwaczkami rozpruwać zagłówki.
    To był w ogóle fajny dzień, walczyliśmy bohatersko z wertykulatorem szlachtując na plastry faunę i florę Osowej. Boss miał specjalnie przyjechać by przywieźć worki. Przyjechał, popatrzył, pochwalił: że fajne rowki.
    - Masz worki?
    - Nie
    Ale nic. Wiosna. Kwiatki rosną, ptaszyny śpiewają, chłopcy wrzucają pigułki gwałtu do drinków dziewcząt. A my toczymy nierówną walkę na pierwszej linii frontu w wojnie z przyrodą. Nie dajcie się kochani ogłupiać ekologom, to że obecnie mamy przewagę technologiczną, nie oznacza, że Matka Przyroda nie chce nas już okaleczać, mordować a na końcu pożreć. Ona czeka tylko na moment naszej nieuwagi.
    Ostatnio skracaliśmy drzewa. Trzymałem jedną ręką zagłębiającą się w błotnistym gruncie, rozbujaną drabinę ukoronowaną wywijającym warczącą piłą łańcuchową pośród gałęzi Danem, a drugą łapałem trzymetrowe, spadające pnie, by nie uszkodziły broń Boże rododendronów. Był fun, gałęzie były giętkie i strzelały co chwilę D w twarz i różne mniej dyplomatyczne części ciała, a on machał w szale piłą koło mojej twarzy rozwiewając mi włosy powiewem. 
    Wygenerowaliśmy w ten sposób ogromną górę gałęzi, którą następnie musieliśmy połamać na drzazgi i powciskać do worów. Nasz szef technokrata dowiózł nam oczywiście super sprzęt – rozdrabniarkę. Jechaliśmy tak pełni nadziei ujrzenia majestatycznego, zębatego mechanizmu, w który ewentualnie będziemy mogli wrzucać szczekliwe pieski autochtonów, a może i samych autochtonów, niestety sprzęt ustawiony z dumą przez Bossa okazał się być kompostnikiem wielkości małej walizki i po pierwszej gałązce wydał z siebie serię straszliwych dźwięków przywodzącym na myśl reformę zdrowia, po czym odmówił współpracy. Tak więc dziabaliśmy te drewienka ręcznie, bo wypadł jeden sekator na dwóch.
    My bawiliśmy się w bobry a Stasiozaurs i Natali drapali trawniki. Przed osiedlem jest największy trawnik w okolicy i siłą rzeczy, miejscowi, kulturalni mieszkańcy z tych wszystkich ociekających miedzią i piaskowcem postawnych willi, wyprowadzają tam swoje psy, koty a i sądząc po gabarytach niektórych pozostałości, także emu, impale, tudzież bawoły wietnamskie. Enyłej, stwierdziliśmy, że pozbieramy te wszystkie klocki i ułożymy w wielki napis: KOCHAM TO, albo: Ułóż ciąg dalszy. Ostatecznie pomysłem zastrzelił nas Dan, stwierdził, że powtykamy w te wszystkie kupki psie przysmaki, a potem będziemy tylko obserwować te wszystkie yorki, pudle i dalmatyńczyki. Myślę, że właściciele szybki nauczyliby się omijać tę okolicę. Ogólnie rzecz ujmując słowem dnia okazało się: kałożerca.  
    I tyle na dziś, w sobotę, jeśli będę żył to napiszę wam o wycieraczce Nergala. Na razie jestem jeszcze na lekkiej fazie składającej się równo ze zmęczenia, bólu i nerwów skołatanych katolicką asymilacją, strzyżeniem trawy nożyczkami oraz pierwszym spotkaniem rodzin, mojej i Szponiastej. Wystarczy tylko wspomnieć, że dziś tworzyłem pod koniec pracy erotyczny ciuszek z czarnej taśmy izolacyjnej dla Barbie o obciętych włosach, którą jakaś kochająca dziecina posłała w kosmos przez okno.
    Asia – Rycerze wyginęli, zostały tylko smoki
    Darek – Nie ma popytu nie ma podaży
    *
    - Twoje udka już nie schudną, one po
    prostu mają taki kształt.
    - Och, to nie ma sensu, zjem ciasteczko.
    (My)
    Wchodzę do kościołów jak do zadziwiających akwariów pełnych oddechów. Jestem na mszy. Potem zadaję pytania: czemu to, czemu tak, czemu w tym momencie. Jestem turystą we własnym kraju. Obcy w obcym kraju. Nadchodzi noc pierwszej spowiedzi i pierwszej komunii. Jak można streścić trzydzieści pięć lat czynienia zła i wolnego wyboru według własnego rozeznania. Każdy dzień był odkryciem, nie istniała żadna moralność poza moją własną. Teraz muszę nasunąć na siebie chrześcijaństwo niczym puchową kołdrę. Cieplej i bezpieczniej, ale mniej oddechu i swobody ruchu. Wiele czasu zajęło mi odkrycie, że każdy debil może być wolny. Wyzwanie to nałożyć na siebie ograniczenia i wytrwać w nich.
    Nigdy nie byłem modny. Myślę też, że narastająca tępota, niezaradność w realnym świecie i lenistwo nowych pokoleń, może być właśnie związana z osłabnięciem wiary. To próby i ograniczenia wykuwają w nas siłę woli i determinację. To wiara w transcendencję, w coś większego od nas daje nam oparcie pośród wirującego pyłu, jaki nazywamy rzeczywistością.
    Czuję się dziś jak starzec. Jestem bardzo, bardzo zmęczony. Pracowałem non stop dwa tygodnie, zrobiłem prywatnie, po nocach dwa remonty, a i w dzień nasz Il Duce nie oszczędzał nas za bardzo. Parę dni temu obudziłem się jak w horrorze, w pokrwawionej pościeli, a to po prostu w nocy popękały mi rany i odciski na rękach. Do tego jeszcze lekkie przygnębienie polityką finansową naszego szefa. Istnieją trzy etapy w wypłacaniu pensji: Motywacyjny, dostajesz tyle kasy, że jesteś z niej zadowolony, chce ci się pracować, starać i robić więcej niż się od ciebie wymaga. Drugi – gdy ciężko ci się chodzi do roboty, nie kosisz kokosów, ale pensja przynajmniej rekompensuje niewygodę. Ostatni to etap szacunku, a liczy się go od tyłu, pensja nie odzwierciedla w najmniejszym stopniu już wykonywanej pracy, a mimo to szef nakłada kolejne zobowiązania. Ja wiem, że jest kryzys, ciężko na rynku, ale szczerze mówiąc ja i większość ludzi firmy czujemy się nieszanowani. Ostatnio o mało nie doszło do otwartej rebelii, jedyne co uratowało Bossa, to to, że nie wypłacił ludziom kasy za odśnieżanie w tym samym momencie. Gdyby to zrobił i wszyscy wkurwiliby się równocześnie, wspierając nawzajem swoją złością, to dziś w firmie miałby dwie osoby.
    W tym miesiącu ma być podwyżka. Obejrzę ją sobie, a potem zastanowię się co dalej.
    Na razie pada śnieg. 
    Jesteśmy czującymi maszynami,
    które przypadkiem myślą.
    (Watts)
    *
    Dziś wieczorem Lulu zaśpiewa,
    zniszczy i umrze, a Luisa zatańczy,
    spustoszy serca i utonie w dżinie
    (Williams)
    Szponiasta poszła ze swoją mamą do Careffura i kupiła chleb, wodę i wino.
    Ja absorbuję wiosnę skórą. Mam przypieczoną jedną trzecią twarzy. Wśród krwawych ruchów tektonicznych zasklepiają mi się ostatnie ciecia w dziąsłach, po kolejnym remoncie paszczęki. Byliśmy na Johnie Carterze. Ludzie, którzy czytali „Księżniczkę Marsa” pozostaną niezaspokojeni, ci którzy nie czytali są zadowoleni, ale niczyjej duszy dzieło to raczej nie przenicuje. W każdym razie były starcia powietrznych flot, ostrza rozpryskujące posokę i księżniczki do uratowania, czyli wszystko czego trzeba wiecznie dorastającym chłopcom. Ostatnio dzwonił Seba i pytał o czym jest „Najczarniejsza godzina”, wytłumaczyłem mu więc najprościej jak mogłem: Ludzkość nie płaciła rachunków za prąd więc windykatorzy z Procjona przylecieli z nakazem eksmisji. 
    Na zewnątrz jest przejrzyście. W dzień jaskrawe słońce toczy się po błękitnej emalii nieba, w nocy gwiazdy zstępują milionami na spokojne wody zatoki. Nagłe sztormy zmieniające błękit wody w kipiący granat i wichury zwijające bruki i nanoszące wydemki piasku na balkonach, na 17 piętrach wierzowców. Na 3żaglach kobieta miała na szybach zakładu kosmetycznego naklejki to wiatr i piasek podziurawiły je jak sito a miejscami zdarły jak wielka piaskarka. Kobiety oblekają się w metafizykę i odżywki do włosów, zakochuję się średnio trzy razy dziennie, a potem tłumaczę Pazurzastej jaka jest różnica między zakochaniem a kochaniem.
    Znowu nie poszedłem do Cockneya. Z jednej strony bym chciał, ale z drugiej nie znalazłem tam ludzi którzy rzeczywiście by mnie obchodzili i przebywanie z którymi nie kosztowałoby mnie świadomego wysiłku. 
    W piątek odebraliśmy z Pazurzastą obrączki, zrobił nam je dziadek, ostatni partyzant handlu detalicznego, który ma maleńki zakładzik wciśnięty między galerie i salony Wrzeszcza. Jest tam tak wąsko, że człowiek ma wrażenie, że zaraz potrze ramionami o ściany. W każdym razie złote krążki już są, różnica wielkości jest spora, moja orbituje wokół jej, czyli w sumie wszystko jak trzeba.
    -… tak? No to będę chodził na dziwki.
    - Nie będziesz. We śnie podetnę ci ścięgna…
    (My)
    *
    Gdybyśmy mieli wyskakiwać z
    łóżek to spalibyśmy w tosterach
    (Garfield)
    Szóstego marca miałem jakiś taki dogłębny nastrój. Usiadłem więc nad moimi notesami i sprawdziłem co robiłem i myślałem wstecz rok po roku aż do 1996. Fascynująca lektura. Podążanie pod prąd ewolucji, ku rejonom prostszym i oświetlonych mniej przybrudzonym słońcem. To zadżebisty pomysł na książkę, „Moich 50 szóstych marca”. Tylko przydałoby się przeżyć jeszcze te parę lat. Tymczasem znowu śnił mi się koniec świata. Tym razem nie była to jakaś sytuacja z jego cieniem w tle. Tym razem byłem z sobą aż do samego końca. Mogłem obserwować ostateczną gonitwę myśli, gdy próbujesz pomyśleć wszystko czego nie pomyślałeś, nim przestaniesz, a potem nagłe zapadnięcie ciemności. Tym razem przyjąłem to wszystko ze spokojem.
    Dziś uziemiło mnie z lekka w domu, musiałem porzucić Dana zmagającego się z piętrami i całą utęsknioną społeczność 3żagli, która chciałaby powiedzieć mi „dzień dobry”. Po południu muszę za to zmierzyć się z dentystą, mam cichą nadzieję, że do tego czasu będę chodzić. Dziś mamy też iść ze Szponiastą na polowanie na rajstopy, najbardziej goździkowe z komunistycznych świąt w końcu zobowiązuje.
    Opowiadałem wam już, że Lenn uczyniła drugie podejście do wynajęcia wymarzonego mieszkania? Uczyniła. Miało być na Zasspie, dwupokojowe, z tym, że jeden pokój zamknięty na głucho i nie wolno go było pod żadnym pozorem otwierać. Znając Lenn jestem prawie pewien, że za tymi drzwiami kryło się coś potwornego, co nocami wychodzi na żer i wracając do siebie gubi niefrasobliwie okrwawione paznokcie i pokruszone trzonowce. Chociaż co ja tam wiem, może trzymali tam pobierającą ciągle rentę, zmumifikowaną babcię, ewentualnie dzieci w beczkach. W każdym razie sprawa i tak rozbiła się o kota. Pewnie martwili się, że cokolwiek egzystuje za drzwiami mogłoby nie zdzierżyć tuptającego tuż obok, włochatego, kalorycznego przysmaku.
    Coś jeszcze? A, będę świadkiem na procesie. Tamara i Marko vs pięciu skinheadów. Tamara pochodzi z kazachstańskich Polaków i jest apetycznie śniada i czarnowłosa, a Marko, który się zwykle za nią snuje w nadziei na darmowe żarcie jest jakąś emo hybrydą hipisa z punkowcem. Trudno się więc dziwić, że ściągnął na siebie uwagę miejscowego „kułka gejowskiego” jak untermenszów nazywamy w Brzeźnie. Marko to tykowaty chuderlak, szybko więc zniknął pod butami, natomiast Tamara jako płeć słaba została tymczasem zignorowana, co okazało się błędem, ponieważ wyciągnęła z tylnej kieszeni nóż do tapet i urządziła niedorobionym pokaz wyższości rasowej oraz ogólnie wyraziła swoją dezaprobatę dla ich stylu ubierania się i szeroko pojętego światopoglądu, co z boku wyglądało nieco jak atak miksera na pięć niewinnych kalarepek. Gdy kolesie sadzili susami w kierunku wydm jednemu zdaje się powiewał na wietrze płat czoła. I wiecie co, ci bohaterowie poszli do sądu. Już nie mogę się doczekać miny sędziego jak zobaczy pięciu dwumetrowych, łysych byków skarżących się, że napadła ich śniada panienka metr pięćdziesiąt i dziecko kwiat, o aparycji uschniętego słonecznika.
    SU – 76
    Połączenie czołgu lekkiego T-70 z armatą
    przeciwpancerną ZiS-3. Powstał szybki i
    zwrotny, choć niewygodny dla załogi, ni-
    szczyciel czołgów. W połowie 1945 r. prze-
    mianowano go z niszczyciela czołgów na
    działo samobieżne wsparcia piechoty.
    Wyprodukowano 12,5 tyś. sztuk. Załogi
    nazywały je Bladź.
    (Encyklopedia czołgów i pojazdów bojowych)
    *

    - Hm
    - Co tam?
    - Zastanawiam się czemu dziś jesteś
    taka przylegliwa?
    - Martwi cię to?
    - Nie, po prostu zastanawia mnie jaki
    to okres okresu.
    - A co, nie podoba się? To sobie
    pójdę! Aaaale za chwilę…

    (My)

    No dobra, dobra już jestem. Musiałem na koniec zimy skoczyć jeszcze do piekła, a potem to odchorować. Przez 6 tygodni miałem dwa dni wolnego. Wstawałem przed świtem i gubiłem jelita od morza po najdalsze krańce GórnegoTarasu, a gdy śniegi stopniały, a lody spłynęły wysłano nas z maszynami pod powierzchnię gruntu, gdzie pchając ryk i wibrację przez ciemność, i rzygając kurzem spędziliśmy kolejny tydzień. Uwielbiam to, szczególnie po zimie, gdy odkładający się przez dwa miechy drobny pył zastyga w osadową skałę z inkluzjami szkieł i kawałków metalu. Jeszcze przez trzy dni płakałem niczym szatan nad upadkiem Małego Korsykanina czarnymi łzami i musiałem pilnować się, gdzie kicham by nie przerobić komuś ściany, albo ciuchów w dalmatyńczyka.
    Ale nic to. Nadeszło słońce. Przybyły wiosenne wiatry. Wjeżdżam na szczyt, pod samo niebo, by popatrzeć z góry na krzywiznę Ziemi. Krzywizna jest ciemnogranatowa, upstrzona białymi plamami kipiącej furii. Morze Smutków o tej porze roku ma niesamowity, głęboki kolor elfich łez. Wiem, zrobiło się ździebko mangowo. Niemniej, żadnych siedzących na gzymsach aniołów o wielkich oczach, błyszczących niczym grzyby i ćmiącym pogniecione papierosy nie zauważono. Żadnych błękitnych smużek dymu, ani wirujących piór, wprost z mokrych snów Mamoru Oshi. Tylko kilka zapomnianych, poskręcanych niczym ofiary bomby neutronowej, jesiennych liści i roziskrzona linia Hellu na horyzoncie. Tam gdzie śpią kostropate cielska bunkrów, a milion pokrytych kołderką wydmowego piasku pocisków śni o tarciu.
    Wiecie, że niecałe dwa metry pod falami, tuż obok półwyspu spoczywa pogrzebane całe, średniowieczne miasto? Mieszkali tam piraci blokujący zatokę. Był tam między innymi pierwszy na ziemiach polskich zegar wieżowy. Teraz pozostała siatka ulic, fundamenty i poprzewracane przez sztormy nagrobki.
    Wielkie zmęczenie przyniosło wielką obojętność. Wyjałowiło z celów i pragnień. Kompletny brak, złości czy podniecenia. Wjeżdżałem tylko pod koniec roboty na górę i patrzyłem w dół w symulacji Boga. To niesamowite jakie dźwięki wydaje tak ogromny budynek omiatany wiatrem o prędkości 130 km/h. Jęczy, szumi, wyje, stęka, zgrzyta, szepcze. Człowiek czuje się w nim jak ostatni ocalały na tonącym U – boocie.
    Byliśmy już załatwiać obrączki. W maleńkim warsztacie wciśniętym między przeszłość, przyszłość a Galerię Bałtycką. Ostatecznie zrezygnowałem z wypisanej po wewnętrznej stronie w języku mordoru: Jeden by wszystkie zjednoczyć i w ciemności związać. Mogłoby to być, jak zasugerował Dan, zrobione farbą czułą na ciepło. Tymczasem w mojej obrączce będzie wyryte: Pazurek, a w Pazurkowatej: Misiu, ale o tym cicho sza…

    - Coś ty zrobił z włosami?
    - Co takiego?
    - Wyglądasz jak Kame Hame Aaa!
    - Uuu, super. Będę tak chodził.
    - Ale chyba nie tam gdzie ja?

    (My)

    *


    • RSS