kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Szef – Pod koniec tygodnia będzie jeszcze
    sypał śnieg, ale to już koniec. Zawsze na
    zmianę pogody napieprza mnie noga, a
    teraz boli jak cholera.
    Ja – Cieszy mnie twój ból.

    Na pół roku przed ślubem odkryłem w łazience nieznany mi
    krem… Argh! Cicha inwazja już się rozpoczęła! Kobiety tak mają, wpływają
    jedwabistą osmozą w życie faceta, wypełniają półki i szafy, i ani się koleś
    obejrzy a już przymierza jej bielizną…khm, tego. Zmieniając temat Ciapek
    sprzedał swoje mordercze Tico, z którego upływ płynu hamulcowego tamowano
    wkręcając w przewód śrubę oraz wzbogacając je w szereg tanich, ale jakże odkrywczych
    ulepszeń. Kupił je za 5 stów sprzedał za 4. Sprzedał je dwumetrowemu, łysemu
    sprzedawcy pizzy z Oruni… Powiedziałem mu że jeżeli kiedykolwiek nocą, w
    ciemnym zaułku poczuje zapach pizzy TO NIECH SPIERDALA!!!
    Wylądowałem ostatnio w mieszkaniu Kapsuła, kulturalnie: Piwko, chłopaki rżną w
    domino na pieniądze. Tradycyjnie, aby umilić nam czas Kapsuł odpalił na kompie
    jedną z komercyjnych stron, które tak lubimy: Wyuzdane panny młode czy coś.
    Jakie było nasze zdziwienie, gdy pod ociekającymi welonami zdjęciami otworzyło
    się nagle okienko czatu i po angielsku zaczęło się do nas mizdrzyć: Jesteś z miasta
    amberu? Ile masz lat? chcesz wylizać ogoloną cipkę?  To Gada! Wpadliśmy w lekką panikę, w końcu to
    coś jakby przy gotowaniu przemówiła do ciebie kuchenka, rzucając od niechcenia
    „Gorący dzień mamy dzisiaj”. Po chwili czat się zirytował: Ej! Mówię
    do ciebie dupku! Ja tu pracuję… Dalej nastąpiły coraz barwniejsze
    przekleństwa. Odłączyliśmy się zanim doszła do grubszego kalibru. Już nigdy tam
    nie zajrzymy.
    Dopadł nas terror komunikacji społecznej, już wkrótce idąc do kibelka z
    laptopem będziecie zaklejać kamerkę, bo nigdy nie będziecie mieli pewności czy
    po otwarciu jakiejś strony nie pojawi się chichocząca laska, pokazująca dwoma
    palcami coś długości karaska. No, chyba że to taka sprytna akcja kręgów
    katolickich, w celu przepełnienia strachem serc grzeszników.
    Dobra koniec wakacji, boss dzwonił, że śnieg przestał padać, ruszam więc na
    wojnę.

    Radio:
    Kobiety nie mówią tylko o jednej
    rzeczy… (Pełna napięcia cisza) o
    nietrzymaniu moczu. – Niepotrzebnie!
    My z Danem chórem – Potrzebnie!

    *

    Dobre decyzje biorą się z doświadczenia,
    doświadczenie ze złych decyzji
    Potwory zasiedliły salę NaRogu i piją. Siedzę przy kominku, patrzę w ogień i myślę o zębie. Od dwóch tygodni pęka niczym rozchodzące się płyty tektoniczne. Zastanawiam się czy zgłosić się dennegotysty z reklamacją, czy od razu wjebać im przez witrynę pęk granatów ze wstąrzeczką. Potwory hałasują i rechoczą się, że jest coraz mniej powołań do zakonów. Śmiech po pachy, jestem zły, bo nic tak mnie nie boli jak hipochondria, a jak ja jestem nieszczęśliwy, to wszyscy są nieszczęśliwi. Wstaję więc, podchodzę do potwornego stołu, 3szklaneczki wykonuje ruch od baru jakby zamierzała mnie powstrzymać. Za późno i niepotrzebnie. Nachylam się nad nimi i cicho mówię: Ale by było śmiesznie, gdyby te wszystkie siostrzyczki swoimi modłami utrzymywały świat przy istnieniu. Byłby fun gdyby się okazało, że atomy stracą spoistość wraz z ostatnią modlitwą, ostatniej zakonnicy… 
    Gazeta wszechPolska znalazła się w stanie wojny z ojczulkiem dyrektorulkiem, bo nieśmiało napomknęła o jego związkach z KGB. Kto by pomyślał, że właśnie oni naruszą tabu i powiedzą to co wie każdy mniej więcej zorientowany w topografi polskiej dżungli. W końcu dlaczego prawosławni, przesiąknięci komunizmem Rosjanie szkolą, dofinansowywują i dają sprzęt radiowy dla polskiego księdza katolickiego, już nawet nie wspominając o tym że radyjo z ryjem nadawano z ruskich nadajników wojskowych. a tatuś rzeczonego od rosyjskich służb bynajmniej nie stronił. Przecież ten koleś ma nawet nazwisko inne, a to grzybowe przybrał żeby brzmiało bardziej swojsko.
    Tiaaa, dziś miałem mieć dzień wolny, bo w czwartek ma przyjść kataklizm i dżadżment najt, kiedy to z nieba będą spadać zwarte, piętnastotonowe  bloki śniegu i pomiejsze lodowce. Teoretycznie miałem więc odespać i odpocząć. Dzień wolny, hurrra! Skończyło się jak zwykle, koncertem na dwie szufle, o piątej na Osowie. No, ale nic, za oknem odwilż – minus dziesięć. Zaraz wychodzę, bo idziemy ze Szponem Bojowym mierzyć paluchy do obrączek i sprawdzić, czy starczy nam zgromadzonego złota. Szponiasta zapoznaje się ostatnio z urokami stałej pracy i jest teraz popołudniami równie zamulona jak ja. Przynajmniej nasze rozmowy się synchronizują.
    Zaa horyzontu zaś dochodzą echa mieszkaniowej epopei Lenn, pterodaktyle o zachodzie słońca cichutko ćwierkają, że epicko umoczyła robiąc interesy z trzema panami, którzy opuszczając wynajmowane kwatery zabierają zwykle ze sobą na pamiątkę pralki i co luźniejsze kaloryfery. Ale to dobrze. Najwyraźnie litościwy Stwórca uchylił znad jej głowy parasol szczęścia, dochodząc do jedynie słusznego wniosku, że jak nie dostanie w dupę to się niczego nie nauczy.
    - Nie rozumiem czemu kobiety nie stoją
    przez cały dzień przed lustrem i nie bawią
    się biustami?
    - Czasami się bawią…  
    (My)
    *

    - Dostałem!
    - Wyjdziesz z tego…
    - Taaa, ale w którą stronę?

    No i tak świat zamarzł pod słonecznym blaskiem. Po trzech tygodniach wstawania o 4 i podbudowy tkanki mięśniowej, budzę się zdziwiony. Jest 8, jestem suchy, nie trzymam w rękach żadnego trzonka (załóżmy), a żadem żywioł nie próbuje wywiać mi mięsa spomiędzy żeber… Mógłbym się do tego przyzwyczaić. Drugi dzień siedzę w cieple i nie ruszam się. Podbiłem Irlandią cztery kontynenty, jadłem o wyznaczonych porach, oglądałem tv do nocy, zwykłe rzeczy, ale w niezwykłych okolicznościach potrafią się stać gorączkowym marzeniem.
    Ostatnio jeżdżąc z Danem mijaliśmy ciągle drogowskazy na Owczarnię. Intrygowało nas to z lekka, co to jest, z czym się je, i czy jest tam zjazdówka na centrum, która oszczędziłaby nam rozkoszy pomykania obwodową wraz z osobliwie wesołymi kierowcami tirów. Już nie wspominając nawet o tym, czy opuszczalibyśmy ją, każdy z owcą na ramieniu. Przydałaby się  mapa mówię, oglądając rozłażącą się w rękach żółtą płachtę na której oprócz rozmytych linii nielicznych dróg, z trudem daje się odczytać: Pomorze Miejskie 1964. „Prawdziwy mężczyzna nie potrzebuje mapy” odpowiada Dan, „Jasne, ja się nie zgubiłem! Ja zwiedzam!!!”.
    W czasie jednego z naszych nocnych dryftów wpadłem też na genialny pomysł, jak zapewnić kobiecie szczęście i fascynujące zajęcie na dłuższy czas. dać jej pierścionek zaręczynowy w diamencie, ze słowami, masz odkuj sobie.
    Lady Pazurek dostała się w końcu w tryby systemu i załatwiła sobie pracę jako sekretarka w szpitalu Położniczym. I zrobiła to nawet nie używając magii nazwiska, które trzęsie trójmiejską medycyną. Ogólnie się cieszę, może nam się nawet uda zebrać tę kasę na ślub, a do tego oczywiście, będzie mogła mi wynosić noworodki na sprzedaż wyjałowionym pigułkami kobietom zachodu i wcześniaki do bestialskich eksperymentów. Poza tym widzieliście może film „Sekretarka”? Mhmmm.
    Dzisiaj Pazurzasta będzie modelką na pokazach jakiejś sławy fryzjerstwa. Wczoraj była na castingu. Robili im tam wstępne przygotowania, minioni podcięli jej końcówki i namiętnie umyli głowę, wymasowywując każdą pojedynczą cebulkę. Szponiasta opowiadała jak weszła tam jakaś dziewczyna z prostymi włosami do ramion a wyszła z lokami do połowy pleców…
    Mała trochę pękała, bo hoduje włosy na ślub i wolałaby, żeby po tych wszystkich latach, ktoś jej tych kudłów po prostu nie ściął, albo nie przefarbował na jasny seledyn. Była chyba jedyną znaną mi modelką, która miała nadzieję, że przepadnie na castingu, ale potrzebowaliśmy kasiory a pracy wtedy jeszcze nie było na żadnym z horyzontów. Ale co tam, będzie co będzie. My Lady najwyżej kogoś brutalnie zatłucze nagrzewalnicą i pozostawi jego ciało upięte estetycznie na ścianie z pomocą wałków i nożyczek, a ja już po wsze czasy będę miał satysfakcję, że będę sypiał z modelką. Ach! Jak przyjemnie być płytkim.

    - O ty! Zaraz ci tam włożę zimną rękę!
    - E, nie taką znowu zimną.
    - Nie tę.

    (My)

    *

    Zapamiętasz ten pierwszy pocałunek
    na zawsze i będziesz porównywał do
    niego wszystkie inne
    (King)
    Gdy patrzysz w odchłań sieci, ona patrzy w twoją duszę. A przynajmniej przegląda ci pliki, instaluje trojany i selekcjonuje według wydumanych preferencji linki na Googlu i Tubie. Penetrując miejsca ciemne i wilgotne sieci ostatnimi czasy, wychwytując zmysłami posykiwania i fanfaronady oburzonych, wspominam jak to powiedziałem niegdyś Awarii, że V jak Vendetta jest filmem kultowym i jeszcze nie raz i nie dwa ludzie się do niego odniosą. Wyśmiała mnie wtedy i z charakterystyczną dla siebie subtelnością działającego kombajnu spadającego na demonstrację wegetarian, zasugerowała mi lekkie wodogłowie i ogólne acotytamwiesz…
    Właśnie wróciłem z kolejnego odśnieżania. Było cudownie jak zwykle. Ciemności nocy pachnące odrzuceniem i samotnością. Chłodne płatki śniegu na rozpalonych policzkach, ruch na świażym powietrzu… jakże się cieszę, że już tam nie jestem. Musi, po prostu musi być jakiś sposób zbombardowania Osowej taktyczną głowicą nuklearną. Nie musiałaby być duża, wystarczyłoby żeby przez 50 lat nikt nie mógł tam zamieszkać. Choć jak znam życie nasz szef od razu podłapałby okazję i musielibyśmy ten burdel odgruzować i elegancko omieść miotłami z radioaktywnego pyłu.
    Na Zeusa gdzieś koło kościoła siedzi jakiś pieprzony słowik, który wyśpiewuje nam hymny pochwalne dla przedświtu. Jestem prawie pewien, że śpiewa: Jak zajebiście jest nie być człowiekiem, nie mieć rąk, w których dałoby się utrzymać szuflę. Lalala frajerzy.
    Ostatnio, napędzany kawą i ogólną rządzą grzechu nawiedziłem Na Rogu. Była tam wesoła kompanija, która uzupełniwszy sążniste braki promili wzięła się pod paszki i śpiewając ruszyła na pobliską plażę. „Jęczała pod ścianą biorąc w kakao!” ryczał pierwszy rzut wkraczając na plażę. „Przybywają już poeci. Laskom śluz po nogach leci” zawodziłem zataczając się z lekka pod rękę z Maherką niedoszły Bardem Pomorza i spawaczem z zamiłowania. „W zimnej tej celi na zgniłym posłaniu…” zanucił jakiś miły baryton zza wydm, a to był patrol policji. Na szczęście było nas legion, a ci z przodu przebywali pod gościnnym dachem 3szklaneczek zancznie dłużej co przełożyło się na ich możliwości motoryczne i zubożyło tragicznie refleks, udało mi się więc uniknąć kontaktu z władzami i zimną pryczą najdroższego hotelu Europy.
    Mam nadzieję, że wszystko za mnie wyparuje do popołudnia, bo idę dziś znowu do dentysty, a alkohol czasem zabawnie reaguje ze znieczuleniem.
    Wyjeżdzamy z parkingu.
    Dan – Jedzie coś?
    Ja – Ta, ale jakby umarłego wiózł…
    A to był karawan.
    *

    Nowe życie nie zaczyna się od zmiany

    otoczenia, lecz od zmiany perspektywy
    Ostatnie dni spędziłem na lodowej pustyni, gdzieś nieopodal bieguna. Z tym że z każdą sekundą biegun zdawał się byc bliżej. Pracowaliśmy praktycznie dwa tygodnie non stop. Bez dni wolnych, wstając codziennie o 4, budzeni przez łoskot sypiącego się śniegu i czule mruczący w słuchawce głos naszego szefa. Rozliczne osiedla, rozliczne przygody. Ludzie dobzi, ludzie źli. Wycięczona głupawka, niepowodzenie prób dryftingu Matizem i szalona jazda zygzaczkiem po cienkich i oblodzonych osiedlowych uliczkach, w takt radośnie kretyńskiej piosenki reklamowej Biedronki i do wtóru strącanych lusterek i zgrzytu lakieru zza okana. I lód, dużo lodu do skuwania, zupełnie bez sensu, bo przecież wystarczyłaby sól. Ale podobno jest droga. My nie jesteśmy drodzy, jesteśmy tańsi. Pękają nam kadłuby, strzelają metalicznie przeciążone ścięgna. Jest ciemno, mokro i zimno, gorąco i znowu ciemno. Odwilż a za nią śnieżna kurtyna, śnieżne panny tańczące w kąciku oka. Odgłos spadających kropli. Dan się śmieje, że za dużo nawąchaliśmy sie tego białego… no śniegu. Świry na Zeusa, pogodni z Ariadny. Na Zeusa obili sobie dom stalą, sami prezesi. Dom wygląda światnie, ale rdzewieje. Sypiemy raz solą, bo podjazdy szerokie na cztery wozy i wpuszczone parę metrów pod ziemie, tak śliskie, że nie można ustać o pchaniu śniegu nie wspominając. Nim  stamtąd odjechaliśmy było już 15 telefonów do szefa. Katolicki naród konfidentów, donosicielki i komunistycznych podpierdalaczy. Innym razem wracamy pozamiatać z lodu piasek, bo im nie jest ślisko a wygląda nieładnie. Podono w zeszłym roku odśnieżono im o 6, do 8 spadł śnieg i jakich dumkopf zadzwonił, że pomoczył sobie spodnie za 3000 i rząda zwrotu pieniędzy. Co roku odśnieża u nich ktoś inny.
    Świt za świtem. Para na szkle. Pijany taniec na krawędzi realności, mijamy rano dworzec w oparach dymu. Biegną ludzie, biegną zomowcy. W oparze majaczy Skot, zza budynku wychyla się powoli pochyły ryj czołgu. Co jest reane co jest snem. Dopiero wieczorem skumałem, że to kręcą „Wałęsę”.
    Idzie dziewczyna z różowym kubeczkiem, z tych zamykanych, idzie po hałdach i koleinach , ale twardo pije. Nabijamy się jeszcze przez godzinę z kubeczków, ostatecznie stwierdzamy, że sami sobie takie kupimy. Będą ze stali nierdzewnej, ze znakami biohazardu, a jak się je otworzy, to ze środka buchnie zielone, ledowe światło. Na zdziwone spojrzenia pasażerów, przepraszający uśmiech i tekst: Przepraszam, ale co jakiś czas musze pić antidotum…
    Z fizycznego punktu widzenia nie da
    się wytłumaczyć dlaczego pamiętamy
    przeszłość, a nie pamiętamy przyszłości
    (skądś)

    Mężczyźni po czterdziestce,
    Patrzą w światła nocy, nie mogą spać
    Ciągle dręczy ich myśl,
    Kiedy zrobili fałszywy ruch
    I czemu życie tak długo trwa

    (Sissman)

    Ciemność nocy wypełniona szeptem ciepłego deszczu. Jakby Bóg
    kartkował w zamyśleniu Księgę Stworzenia. Lady Pazurek odjeżdża w mrok
    tramwajem. Rozświetlona bryła, pełna szkła i refleksów, sunąca ponad skrzącymi
    się barwami chodnikami. Niczym płynący po Missisipi parostatek z marzeń Twaina.
    Gorączkowy sen, zapach nowego Orleanu, wampirów i komarów. Legend , Kreolek i
    bluesa.
    Pada od tygodnia, jest ciepło i spod samego dachu nieba, na który co czas jakiś
    wjeżdżam z moich zimnych podziemi, w których zużywam się ja i inne organiczne
    maszyny, widać jak coraz większe połacie świata zaczynają się zielenić
    wiosennie. Każdy transfer Zaspa – Brzeźno okupiony jest traumą obserwowania
    kopulacji rozlicznych wiewiórek i pytających spojrzeń kotów. Mnie nie pytajcie.
    Nie ja to wymyśliłem. Ja tylko siłą woli powstrzymuję śnieg, by nie przespać dwóch
    miesięcy życia.
    Choć z drugiej strony muzyka nigdy nie smakuje tak, jak o 4 rano w ciepłym
    samochodzie, jadącym przez opustoszałe Miasto, pomiędzy jednym odśnieżaniem a
    następnym, gdy świeże zmęczenie i młode niedospanie łączą się w miękki jak
    kocia sierść ekstrakt, a światła i kształty roztapiają się w obejmującej w swe
    posiadanie szyby parze. Każdy utwór staje się skrystalizowaną przyjemnością
    mieszczącą ociężały od słodyczy świat. Z każdym oddechem bardziej kocha się
    Sylwię Grzeszczak, czystą miłością dziecka całującego alabastrowe stopy posągu
    Bogini Babilonu, zaciska się uda mknąc przez ciętą błyskawicami ciemność razem
    z Doorsami, Fiesto nie wydaje się podrygującym w epilepsji kretynem a Armin van
    Buuren sączy wraz z głosem Sharon den Adel płynne srebro wprost w wysokoprężne
    komory, wyrywającego się z piersi serca.

    Podróż się liczy, nie jej cel, bo to w
    podróży mija nam czas. Cel jest na
    końcu i trwa chwilę.

    (Emerson)

    *

    Stanęła wznosząc ręce ku niebu i krzyknęła
    bez słów. Naszych największych tryumfów
    nie da się opisać słowami.

    (King)

    I nadeszła północ. Wracając z Cockneya, w którym
    zapoznawałem się z meandrami Polityki Miłości Lenn i czułem się jak przygnany
    ulewą outsider, co zresztą tak bardzo lubię, lubię do bólu, bo to wygnanie ze
    świata ma rys szlachetności i jest w jakiś taki biedny sposób wyjątkowe. W
    każdym razie wracając przez noc wypełnioną deszczem, patrzyłem na łuny kolorów smużące
    się na wilgoci pośród betonów i asfaltów zmienionych przez tą chwilę i stan
    wywołany nieludzkim zmęczeniem i paroma piwami w mieniący się parkiet dla
    wszystkich psychodelicznych wróżek i miss LSD wszechświata. Radiowóz zatrzymał
    się i cofnął na przejście, gdzie dziewczyny wracały z klubu wyposażone w pokale
    z piwem. Wszyscy się śmieli i policjanci i dziewczyny. Gdy dotarłem na moje
    rubieże i umościłem wreszcie w moim, podgrzewanym dwoma palnikami gazowymi
    leżu, byłem w takim stanie, że zacząłem rozpatrywać wiekopomne kwestie w
    rodzaju, czy stare prześcieradło zmieści się w pustej butelce po Pepsi -
    zmieściło się. I czy Boro nie śpi o tej porze – spał. Jego żona obiecała mi, że
    podrzuci mi swoje niemowlaki i będzie dzwoniła co 15 minut, żeby nie zasnęły.
    Zakomunikowałem jej, że jeśli to zrobi, posłużę się zwyczajem naszych prababek
    i dam im do ssania makówki. Potem dzieciaki są taaaakie spokojne.
    W TV leciała znowu Planeta Małp, ten film zawsze mnie przygnębia, wyłączyłem
    więc w momencie największego tryumfu, zanim główny bohater wszystko przesrał,
    bo był tępy jak kowadło. Kogo szkolą te Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych?!
    Lady Pazurek wraz z fem komando ruszyła na podbój koronkowych horyzontów i
    zakupiła suknię ślubną, której oczywiście nie zamierza mi pokazywać, choć
    sugeruje przerażające rzeczy. Nie będzie trenu, ale śmieliśmy się za to z Awatarem,
    że jej małe kuzynki ustawione wzdłuż nawy będą rzucać czarne płatki róż, po
    których Mylady przepłynie w swej śnieżnobiałej sukni. Zastrzegłem też, że
    obojętnie co się będzie działo i w co będę ubrany do ołtarza idę w glanach.
    Mają duże podeszwy tak, że będzie dobrze widać na nich napis: Help Me!
    Pazurzasta zaś zastanawia się nad kupnem dodatkowych butów do tańca… To my
    będziemy tańczyć? Argh, zdaje się, że na Sumatrze jest pięknie o tej porze
    roku.

    Pamiętacie jak w szkole na ćwiczeniach
    ewakuacyjnych kazali nam się ustawiać
    w rządku od najniższych do najwyższych?
    Jaki to ma sens, czyżby wyżsi palili się
    wolniej?

    (King)

    *

    - W tv pokazują właśnie jak sprawdzają
      czy karpie nie cierpią…
    - Nasze już nie cierpią.
    - Co, wrzuciłaś suszarkę do wanny?
    W ciemnościach gdzieś przed świtem dotarłem do ostatniej strony Mrocznej Wieży Kinga. To była naprawdę długa, trwająca kilkanaście lat podróż. Gdy ją zaczynałem nie znałem jeszcze trudu pracy czy smaku warg dziewczyny. Teraz podróż dobiegła końca, wspiąłem się wraz z Rolandem na szczyt Mrocznej Wieży i ujrzałem co znajduje się w komnacie na jej szczycie. Teraz wiem już wszystko. Pozostał we mnie osad smutku, zarówno przez to jak skończyła się ta opowieść jak i dlatego, że się skończyła. To była jedna z tych rzeczy, które planowałem zrobić w życiu. Teraz już jej nie ma. Przewróciłem ostatnią stronę, ostatniego tomu i jestem o kilka dalszych mil bliżej pieca.
    W międzyczasie umarł Havel i Kim. Umarł dobry, umarł zły. Jakaś kosmiczna równowaga została zachowana.
    My wtedy akurat rozwoziliśmy piach i sól. Stanąłem na stoku Osiedla Na Tle Nieba i patrzyłem w dół jak z Rębiechowa podrywają się w niebo spłoszone samoloty. To był dzień na szlaku, o mało nie staranowaliśmy kolesia, potem inny o mało nie staranował nas, gdy wypadał z rykiem klaksonu na pobocze żwir wyrzucany spod jego kół zatrzymywał się na szybie trzy centymetry od mojej twarzy.
    W ogrodach kwitną kwiaty, staruszki zrywają bazie na wydmach. Czasem tylko niespodziewanie poranek pokrywa wszystko chrupiącym lukrem szronu. Nocami budzę się jednak podszyty instynktem zwierzyny węszącej nadchodzącego drapieżnika i nasłuchuję czy ulicami nie idzie Pani Zima w szklanych pantoflelkach ciągnąc za sobą, z tym pożerającym dźwięki dźwiekiem, biały tren balowej sukni.
    Ulicami Gottenhaven suną szare duchy okrętów podwodnych klasy Kobben. Sina bestia przysiada napinając stalowe ścięgna pośrodku kampusu Akademii Morskiej w oczekiwaniu wzmożonej konsumpcji studentów. Nieopodal Wież Saurona, w samym środku krateru rozkopanego węzła Trasy WZ, widzieliśmy rozpięty w powietrzu dźwig samochodowy. Żadne koło nie dotykało ziemi. Stalowe łapy zapadły się w brukowe kostki, a całość wyglądała jak czerwony, mechaniczny pająk przypięty szpilką wiatru do nieba przez jakiegoś szalonego, spijającego ciepły płyn hydrauliczny etomologa.
    Równocześnie Stasie doczekali się potomka. Wbraw ogólnym oczekiwaniom nie nazwali go Urlik ani Władysław, tylko Borys, dając zapewne wyraz swemu uwielbieniu dla niezrównanej wirtuozreii Szyca. Choć nie da się wykluszyć i innych opcji. W końcu Borys to drugie najpopularniejsze imię potwornych pomocników szalonych naukowców…
    Brawo! Dotarłeś do miejsca skąd
    jeszcze żadnemu śmiertelnikowi
    nie udało się wrócić. Czuj się jak
    w domu…
    (Sinbad – Legenda 7 mórz)
    *  

    Najstraszniejsze potwory dobrze wiedzą, że
    należy zniknąć tuż przed włączeniem światła

    (Watts)

    Rano rozkręciłem klawiaturę, pogrzebałem, nie pomogło. Stara
    oczywiście nie pasowała. Zastosowałem więc odwieczny, męski sposób na
    poprawianie rzeczywistości i zacząłem bez zbędnych nerwów walić nią o blat, aż
    cichym głosikiem, niczym ściśnięty kombinerkami za jaja Jasiek Niemowa zaczęła
    błagać o litość. Na razie działa ale trzeba będzie pomyśleć o czymś nowym.
    Tydzień pod znakiem bólu, czy bólów. Posplatały i wymieszały się tak subtelnie,
    że właściwie trudno je pooddzielać. We wtorek w lekkiej malignie wziąłem od
    Białorusina w pracy jakiś białoruski specyfik przeciwbólowy, zakazany w Polsce,
    z racji zmieniania składu krwi po zażyciu w większych ilościach. Przez resztę
    tygodnia absorbowałem różne przeciwbólowe Maxy, tak, że teraz mam wątrobę
    zapewne dobrze wypieczoną i chrupiącą. Zaczynam zastanawiać się czy to nie
    jakiś pieprzony rak mózgu nie chwyta mnie szczypcami za przysadkę. Bo ten ból
    gdy przychodzi jest jak mgła z napalmu, zmieniam się w płonącego gościa
    ciskającego się wewnątrz obcego, wypełnionego kwasem ciała.
    Przy jakiejś okazji pocierania obolałego czoła przeniosłem sobie czekoladę na
    włosy, tak że miałem kilka zlepionych, słodkich kosmyków. Spytałem Szponiastą
    co by zrobiła, gdyby moje tkanki zmieniły się w czekoladę. To był oczywiście
    błąd. Z rozmarzonym uśmiechem stwierdziła, że zlizałaby mnie aż po szkielet z
    wafelków, a wtedy, chrup chrup…
    Na zewnątrz wspaniała wiosna. Porywiste wichry przesuwają budynki i linie
    brzegowe, błękit nieba poraża, słońce wlewa mi się do kuchni i mości w
    garnkach. Noce wypełnia księżycowa poświata, tak potężna, że rozrzedza ludzką
    naturę i ulice wypełniają polujące wilki i łaszące się koty. Wczoraj cień
    naszego bloku przeszedł po księżycu, zawsze bawi mnie ten empiryczny dowód, że
    faktycznie jest kulisty i wisi na spadaniu.
    Poza tym w tymże specyficznym, farmakologicznym z lekka stanie umysłu wpadłem
    (prawdopodobnie ponownie) na doskonały sposób na redukcję korków ulicznych -
    Nitrogliceryna w spryskiwaczach samochodowych…
    W przejściu podziemnym koło domu Szponiastej przez trzy dni pracowała ekipa z
    ciężkim sprzętem. Zdjęli blaszaną okładzinę tunelu i ściągnęli kable od
    oświetleń. Dopiero później wyszło, że to byli złomiarze. Teraz pewnie zimują na
    Hawajach.

    Zima nie przyszła.
    Lato nie chce odejść.

    (RMF Maxx)

    *

    …przecież nikt nie mówi o: tych
    wspaniałych mężczyznach i ich
    dumnych symulatorach…

    (Nagi peryskop)

    W Anglii największe w historii strajki. Wiadomo, przecież
    tylu Polaków tam pojechało. Odkryto też w końcu powody porażek piSSu. Jest to
    „kret”, działający w bezpośrednim otoczeniu Prezesa, który wykonuje
    swoja krecią robotę i pod Prezesem dołki kopie. Z pewnością kwestia czy tak
    jest w rzeczywistości zostanie wkrótce zadowalająco rozstrzygnięta. Gdzieś tam
    już na pewno biegnie Maciarewicz niosąc elektrody. Odtąd członkowie piSS będą
    jeszcze bardziej lojalni, choć może odrobinę lękliwi… Koło Hali Targowej
    wykopano chatę z okresu wpływów rzymskich, sprzed jakiś 1800 lat. Mogłoby się
    wydawać, że obchodzone całkiem niedawno tysiąclecie Miasta było lekko
    spóźnione.
    Zacząłem robić sobie ząb. Przyjemność tę zapoczątkowało wkręcenie się
    szybkoobrotowym wiertłem w żywy nerw i spiłowanie tkwiącej tam tylnej ścianki
    zęba, która parę tygodni temu gładko wsunęła się w dziąsło, skręciła z lekka i
    rozsadzając korzeń wbiła się w nerw. Czysta radość. Zrekonstruowali mi tylną
    ścianę zęba, załadowali truciznę i antybiotyki. Teraz trawiąc sobie
    prowizoryczną plombę czekam na leczenie kanałowe, a następnie na operację, w
    trakcie której odwiną mi skórę z dziąsła jak skórkę od banana, wyjmą odłamki i
    zrekonstruują korzeń… Przysięgam wam, ze sto razy mi się już śniło, że siadam
    sobie na dywanie w rozsłonecznionym pokoju, biorę kombinerki i wyrywam ząb po
    zębie, a potem szczęśliwy i okrwawiony podążam pląsając w kierunku zachodzącego
    słońca.

    Znajoma poprosiła żebym posiedział
    z jej córką.
    - Jak będziesz grzeczna Mikołaj
    przyniesie ci prezenty, a jak nie
    to cię zje.
    - Ale mama powiedziała, że
    przyniesie rózgę…
    - Najpierw rózgę i będzie bił, aż
    mięsko ładnie zacznie odchodzić
    od kości, żeby łatwiej się gotowało.
    Sam nie wiem dlaczego dla tych
    wszystkich dzieciaków jestem
    ulubionym wujkiem…

    *


    • RSS